Tym razem na liczniku przybyło prawie tysiąc kilometrów.Rozmyślam nad zmianą motocykla, chyba już wyrosłam z Junaka?!?
Trasy no i moc grupy przewyższają jego możliwości.. chyba nadszedł czas rozstać się Johnny....
Tym razem na liczniku przybyło prawie tysiąc kilometrów.
Po drodze słońce przygrzewa nam niemiłosiernie, powoli rozstajemy się z Włochami, przekraczamy granicę Austrii, coraz bardziej wychodzi z Nas zmęczenie. Nawet puszczone przodem 1800R i Bandit, nie są wstanie wykrzesać z siebie 80% mocy, dochodzimy do nich na jednym z postojów, to ich lekko szokuje
Plany na dzisiaj zlot, tor GP, plaża, Catollica. I wszystko realizujemy ;)
Robi się późno wracamy do ośrodka na kolację, na która ma być pasta z żeberkami (brzmi apetycznie, prawda?!) i kiełbaski z grilla. No i czekamy... Włosi już zjedli, a my nadal czekamy... W końcu kuzynka Mikiego, która mieszka we Włoszech się wkurzyła (czyt. zna Włoski) i pyta się właściciela ośrodka, czy przypadkiem o Nas nie zapomniał, On nas uspakaja, więc grzecznie... dalej czekamy. W końcu przynoszą coś na talerzach. Dlaczego coś? Bo to pasty na oczy nie widziało, a żeberka to może kiedyś koło tych klusek w lodówce leżały, a te kiełbaski... to były kiełbaski?!? Zaczynamy wątpić w kuchnie włoską, ale jesteśmy tak głodni, że potulnie to zjadamy. Miki chce płacić, ale potrawy przez dwie godziny czekania podrożały dwukrotnie... W końcu rodzina Mikiego nie wytrzymuje (dobrze, że Nas odwiedzili, bez włoskiego z tubylcami nie da się dogadać). Kończy się na okrzykach, by spalić tą budę... naprawdę zrobiło się gorąco..., a mówią, że motocykliści
są agresywni...
Wyjazd zaplanowany na 8:00. Dzień zaczynamy już rytualnie, szybkie śniadanie, kawa, pakowanie się do sakw (upychanie rzeczy), smarowanie łańcucha (Świeca i Ja) i w drogę. Niestety poranek w Villach był deszczowy, marzyliśmy tylko by przebić się na drugą stronę gór z nadzieją, że tam w magicznych Włoszech zastanie Nas słońce. I tak się stało. Wiecie to dziwne, ale tylko jak przekroczyliśmy granicę, to widoki się zmieniły, było bardziej zielono, słonecznie, ludzie
uśmiechnięci od ucha do ucha. I to non-stop Nas pozdrawiający. Zaczęliśmy rozkoszować się tą wyprawą. Coraz więcej motocyklistów spotykamy na drodze, coraz to nowsze zapachy. Dojeżdżamy do Wenecji (którą czuć z daleka ;p), niestety napotykamy się na korek, przebicie się przez wąskie włoskie drogi nie jest proste, ale Miki prowadzi genialnie i wszystkie samochody, jaki i motocykle ustępują nam drogę. Kolejny postój za Wenecją, zdejmujemy z siebie ile się da, jest bardzo ciepło.
Jurek dzwoni do swojej córki Izabeli, która obecnie studiuje w Ferrarze. Ona nas zaprasza do winnicy swoich znajomych na grilla. Lekko zmęczeni, poddajemy się kuszącej propozycji. Pomimo, że musimy nadrobić ok.100km (ale po takim dystansie... co to dla Nas).
Jurek stęskniony za córką porywa Ją i jedzie Ona z nami do Santa Monica. Po drodze uczę się awaryjnego hamowania, gdyż niestety jak Włoch jest pilotem trzeba być czujnym!!! Dobrze że hamulce to wytrzymały i mój błotnik zatrzymał się 5cm od motocykla Mikiego.