


Zatrzymujemy się na małym ryneczku, gdyż nasze GPS odmawiają posłuszeństwa. O dziwo w kraju motocykli, budzimy postrach i jakoś tak... odczuwamy, że za chwilę zjawią się karabinierzy. Na całe szczęście przed nimi przybywa Izabela, która pilotuje Nas do winnicy. Włosi witają Nas bardzo serdecznie, wręcz... czujemy się tutaj jak w słowiańskim domu.Relaksujemy się we włoskim słońcu, zajadając się szaszłykami i popijając winko. A na tym nie kończą się atrakcje, okazuje się, że właściciel również mam motocykl, piękne odrestaurowane (normalnie jak z fabryki) MotoGuzzi i jaki gang ma ten motocykl (Ziutek był w szoku).

Czasu mamy coraz mniej, gdyż hotel mamy zarezerwowany do pewnej godziny, niestety przed nami gigantyczny korek (w tym czasie Włosi mają święto i wszyscy zmierzają ku plażom).
Postanawiamy jeszcze raz wskoczyć na autostradę (jakoś perspektywa spania na plaży nas nie zadawala...). Niestety autostrady końca nie widać, ani Santa Monica. Ja mam największy kryzys, tyłek mnie boli, ręka już nie chce dodawać gazu, jest mi gorąco, chce krzyczeć, mam dosyć. Nie mam siły dalej jechać... śpiewanie nie pomaga, gadanie ze sobą również, czuje, że opadam z sił, modląc się o koniec na dzisiaj.
Noooo nareszcie... bramki na autostradzie i zjazd, jesteśmy prawie na miejscu. Dojeżdżamy do ośrodka wita nas prezes Intruder Owners Club Italy Alfredo, Włosi spoglądają z niedowierzaniem, że Polacco przejechali taki dystans.
Kwaterujemy się w bungalowach, wieczorem przygrywa młody zespół, późnie
Z kolei Jurek budzi się rano i o mały włos nie dostaje zawału, koło niego śpi „murzyn” (czyt. o matko co ja robiłem w nocy), ale po chwili orientuje się, że to Nestor w kominiarce. Tak jak tej nocy zmarzliśmy... to Morze 2007 to „mały pikuś”.
Rano wszyscy marzą o gorącej kawie i dobrym śniadanku, ale to nie we Włoszech tutaj musi wystarczyć jedynie cruasanka i cafe latte.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz